Oddanie dziecka do adopcji jest w Polsce wciąż tematem tabu. Kobiety, które zdecydowały się na tak dramatyczny krok, często narażone są na społeczny ostracyzm. Gdy osiem miesięcy temu Oktawianek przyszedł na świat, mama go zostawiła. Lekarzom oświadczyła, że chorego dziecka nie
fot. Adobe Stock, missty Siedziałam jak zahipnotyzowana na ławce przy zieleniejącym skwerze już drugą godzinę. Gapiłam się na pływające po stawie łabędzie i nie potrafiłam zebrać myśli. Wszystko wróciło. Wszystko, o czym przez tyle lat nie pamiętałam. Nie chciałam pamiętać… Oddałam moją Kasię do adopcji. Oddałam ją obcym ludziom. Dawno temu. W innym życiu. Potem starałam się o tym zapomnieć, wymazać ten fakt ze swojej pamięci. Nie miałam wtedy innego wyjścia, przynajmniej tak sobie wciąż powtarzałam. Miesiąc wcześniej skończyłam siedemnaście lat. Mieszkałam z babcią staruszką, która bardziej potrzebowała mojej opieki, niż mogła być dla mnie wsparciem. Ojciec dziecka? Gdy tylko dowiedział się o ciąży, odciął się ode mnie całkowicie. Miał swoją rodzinę, żonę, dzieci; nie chciał mieć z nami nic wspólnego. Powiedział to jasno i wyraźnie. A ja wtedy nie potrafiłam walczyć ani o siebie, ani o Kasię. Czułam się winna. Wydawało mi się, że to, co się stało, jest karą dla mnie za romans z żonatym facetem. Przecież chciałam, by dla mnie zostawił rodzinę… Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że raczył mnie standardowymi kłamstwami, jak to mu źle w małżeństwie. A jak nastolatka miała rozpoznać kłamstwo? Dopiero gdy przyszło co do czego, zrozumiałam, jaka byłam głupia. Mój ukochany nie miał zamiaru burzyć dla mnie swego poukładanego życia. Chciał się tylko zabawić. Zostawiłam więc dziecko w szpitalu, zrzekłam się praw do niego i byłam przekonana, że zrobiłam najlepiej, jak mogłam. Nie myślałam o tym później, ze wszystkich sił starałam się nie myśleć. I udało mi się. Po śmierci męża poczułam pustkę W szkole wieczorowej zrobiłam maturę, poszłam do pracy. Do końca zajmowałam się babcią, która z upływem czasu coraz bardziej tej opieki potrzebowała. Potem poznałam Andrzeja, a po śmierci babci wyjechałam do niego do Poznania i wzięliśmy ślub. Dwa lata później przyszła na świat nasza córka Małgosia, a kiedy skończyła pięć lat, urodził się syn Konrad. Po prostu założyłam rodzinę i starałam się być szczęśliwa. Andrzej pracował, ja zajmowałam się dziećmi i domem. Skończyłam dwuletnie studium księgowe i kiedy Małgosia poszła do szkoły, a Konrad do przedszkola, wróciłam do pracy. Nigdy nie powiedziałam mężowi, że miałam już wcześniej dziecko. Z czasem sama prawie o tym zapomniałam. Wydawało mi się to snem, filmem, fatamorganą. Aż do dnia, gdy wszystko odżyło. Córka z zięciem namówili mnie na wyjazd do sanatorium, mimo że broniłam się przed tym, jak tylko mogłam. Nie chciałam nigdzie wyjeżdżać, nie chciałam w ogóle ruszać się z domu. Po śmierci Andrzeja zdrowie nagle zaczęło mi szwankować. Ciągle czułam się zmęczona, apatyczna, nie miałam na nic siły, a poza tym odczuwałam coraz silniejsze bóle stawów. Lekarze mówili, że to standardowa postresowa reakcja organizmu, ale bez leczenia może się z tego wywiązać jakaś poważna choroba. Nie wiem, pewnie mieli rację. Właściwie było mi już wszystko jedno… Andrzej zachorował, lecz nikt nie spodziewał się, że wszystko potoczy się tak szybko. Trzy miesiące i było po wszystkim. Kiedy zostałam sama, poczułam wokół siebie ogromną pustkę. Konrad od czasu ukończenia studiów mieszkał w Londynie. Tam miał partnerkę i dziecko, które nawet nie bardzo umiało mówić po polsku. Małgosia mieszkała co prawda w Poznaniu, ale mąż, dwoje małych dzieci i praca absorbowały ją całkowicie. Nie miała zbyt dużo czasu dla matki. Nie czułam żalu do swoich dzieci. Takie jest życie: każdy ma własne kłopoty, obowiązki, radości, i musi je jakoś upchnąć w ciągu dwudziestu czterech godzin. Sama pamiętałam, że nie jest to proste. Małgosia się starała, nie powiem. Wpadała do mnie, kiedy tylko wygospodarowała jakąś wolną chwilę. I ostatnio, za każdym razem molestowała mnie o to sanatorium. – Mamunia, daj się namówić – prosiła. – Lekarz wie, co mówi. Odpoczęłabyś sobie, oderwała się od szarej codzienności, przeszła kilka zabiegów na te swoje stawy. Może nawet byś poznała kogoś… – Gośka! Ojciec jeszcze dobrze w grobie nie ostygł, a ty wymyślasz takie głupoty! – złościłam się początkowo. – Ale, mamuś, ja nie o tym – tłumaczyła się córka. – Mam na myśli jakieś koleżanki. Syn musiał porozumieć się z nią za moimi plecami, bo też ciągle wydzwaniał i niby przypadkiem zaczynał temat sanatorium. W końcu dałam się namówić. Nie tyle dlatego, że chciałam jechać, ile żeby dali mi święty spokój. Miałam dość tego nękania mnie w kółko o jedno i to samo. Zresztą może i mieli rację. Wiedziałam, że chcą dobrze. I dla mnie, i dla siebie też. Zdawałam sobie sprawę z tego, że gdybym poważnie zachorowała, Małgosia musiałaby się podjąć opieki nade mną. Nie chciałam sprawiać córce kłopotów, żeby ktoś musiał się mną zajmować. – Przecież mama jest jeszcze młoda – powiedział mi któregoś razu zięć. – Powinna mama pomyśleć o sobie, zadbać o swoje zdrowie. Gośka się martwi… Ona nic nie mówi, ale nie śpi po nocach, płacze i wciąż mi powtarza, że co to będzie, gdyby mama zachorowała. Gdyby mamie coś się stało, ona tego nie przeżyje. Niech się mama trochę postara zadbać o siebie, proszę. Chyba właśnie te słowa mojego zięcia postawiły mnie na nogi i pomogły mi podjąć decyzję. Dwa miesiące później pojechałam do sanatorium. Zawsze bardzo lubiłam jeździć nad morze, dlatego od razu poprosiłam lekarza, żeby mnie tam właśnie skierował. Kiedy dzieci były małe, co roku pluskaliśmy się w chłodnych wodach Bałtyku. Przyjechałam, zakwaterowałam się, odpoczęłam po podróży. Pierwszego dnia poszłam na spacer po plaży i spacerowałam blisko godzinę, choć wiał silny wiatr. Patrzyłam na wydmy, zachmurzone niebo, na statki w oddali – i zanurzałam się we wspomnieniach. Wracałam do czasów młodości. Tyle szczęśliwych chwil… Następnego dnia przed południem odwiedziłam panią doktor, która miała zbadać moje stawy i zdecydować, jakie zabiegi będą dla mnie najlepsze. Zapukałam, weszłam i… już w drzwiach gabinetu poczułam, że nogi się pode mną uginają, a świat wiruje. Kobieta siedząca za biurkiem była tak bardzo podobna do mojej Małgosi! Niemal jak siostra bliźniaczka! A Gosia w niczym nie przypomina ani mnie, ani Andrzeja, tylko moją mamę. Ma te same oczy, włosy, nawet uśmiech ten sam. Oczywiście od razu przypomniała mi się Kasia, odżyły wspomnienia… Może dlatego, że poprzedniego dnia dużo myślałam o przeszłości? W każdym razie tak mnie zaszokowało to podobieństwo, że stałam jak słup soli i nie mogłam zrobić kroku. Wydawało mi się, że jeśli puszczę framugę, której się trzymałam, to się przewrócę. – Co się dzieje? – pani doktor poderwała się zza biurka, podbiegła, przytrzymała mnie pod ramię. – Źle się pani czuje? Proszę, usiądźmy… – podprowadziła mnie do krzesełka dla pacjentów. – Nie, nie, już wszystko w porządku – zaprzeczyłam szybko. – Trochę mi się tylko zakręciło w głowie. To nic takiego. – Proszę się napić wody – podała mi szklankę. – Zaraz zmierzymy ciśnienie. Krzątała się wokół mnie, a ja przyglądałam się jej w milczeniu. Owszem, bardzo przypominała Małgosię, ale nie aż tak, jak mi się w pierwszej chwili wydało. Była od niej nieco niższa i szczuplejsza i miała inne włosy. Za to oczy… prawie identyczne. Podobnie jak uśmiech. Kiedy pani doktor się uśmiechnęła, wyglądała jak moja córka. Zaczęłam ją wypytywać o rodzinę Wyszłam z jej gabinetu i opadłam na pierwszą napotkaną ławkę przy skwerze. Przesiedziałam tam do wieczora. Nawet na kolację nie poszłam, nie byłam w stanie. Wciąż myślałam o tej kobiecie i o tym, jak bardzo jest podobna do Małgosi. W jednej chwili mówiłam sobie, że to przypadkowe podobieństwo, a po chwili nabierałam niemal pewności, że w gabinecie lekarskim spotkałam Kasię, swoją córkę. Od tego czasu zaczęłam uważnie obserwować panią doktor. Nazwisko wypisane na plakietce nic mi oczywiście nie mówiło, ale imię się zgadzało. W papierach, które podpisałam, zrzekając się praw do dziecka, zaznaczyłam, że chcę, aby miała na imię Katarzyna. Tak jak zmarła przy moim urodzeniu mama, którą znałam tylko ze zdjęć. Myślałam o tym bardzo długo i intensywnie, aż w końcu wmówiłam sobie, że pani doktor to Kasia, i zaczęłam naprawdę w to wierzyć. Wraz z tą wiarą przyszła chęć dowiedzenia się czegoś więcej o mojej od lat niewidzianej córeczce. Córeczce, którą oddałam, bo byłam za młoda i za słaba… Wyglądało na to, że dobrze ułożyło jej się w życiu. Wyglądała na szczęśliwą. Choć pozory czasem mylą. W końcu ja też przez te wszystkie lata wydawałam się zadowolona, podczas gdy w moim sercu tkwiła zadra, która nie pozwalała mi do końca cieszyć się niczym… Ani małżeństwem z Andrzejem, ani domem na przedmieściach, ani narodzinami dzieci. W środku byłam smutna. Podczas następnej wizyty w gabinecie „mojej Kasi” usilnie myślałam, jakby skierować rozmowę na życie osobiste pani doktor. – Jest pani zadowolona z zabiegów? – spytała mnie. – Podoba się pani u nas? – Wie pani, nie chciałam tu przyjeżdżać, ale teraz jestem bardzo zadowolona – odparłam. – To córka mnie namówiła. Bardzo się martwi o te moje chore stawy, w ogóle bardzo się o mnie troszczy. A pani doktor ma dzieci? – zapytałam znienacka. Spojrzała na mnie uważnie, zaskoczona pytaniem, ale po chwili roześmiała się. – Tak, mam, dwoje. – Duże? – dopytywałam. – Dziesięć lat. Bliźniaki. Straszne urwisy. – Ach… czyli chłopcy? – paplałam, zastanawiając się, kiedy panią doktor zdenerwuje moje wścibstwo i każe mi się odczepić. Pokręciła głową i odwróciła w moim kierunku stojące na biurku zdjęcie. – Jacek i Agata – powiedziała. Na zdjęciu byli roześmiani chłopiec z dziewczynką i śniady mężczyzna. Pani doktor stuknęła paznokciem w fotografię. – Mój mąż pochodzi z Włoch, a dzieciaki, jak widać, są podobne do niego. Tylko imiona mają polskie. Moja mama im takie wybrała. Ze starej polskiej dobranocki. „To moje wnuki…” – pomyślałam. Do końca pobytu biłam się z myślami, co powinnam zrobić. Nie spałam po nocach, a jak już zasnęłam, męczyły mnie koszmary. Chwilami miałam ochotę chwycić Kasię w ramiona i wszystko jej opowiedzieć. Przeprosić za to, że ją opuściłam, błagać o wybaczenie… Ale przecież to wywróciłoby jej życie do góry nogami! I nie tylko jej. Co powiedzieliby na to Małgosia i Konrad? Dowiedzieliby się, że mają siostrę… Na pewno mieliby żal, że zataiłam przed nimi prawdę! A rodzina Kasi? Jej przybrani rodzice? Być może ona wcale nie wie, że jest adoptowana. I być może wcale nie pragnie się dowiedzieć. Nie umiałam podjąć decyzji. Dwa dni przed wyjazdem jakby coś we mnie wstąpiło. „Przecież nie mogę ot, tak sobie wyjechać! – pomyślałam. – Nie mogę udawać, że nic się nie stało. Już raz Kasię zostawiłam, mam to zrobić po raz drugi?”. Poszłam prosto do recepcji, aby zapytać, gdzie mogę spotkać panią doktor, bo mam do niej ważną, bardzo ważną sprawę. – Niestety, pani Kasia wyjechała. Jeśli potrzebuje pani lekarza, to… – A kiedy będzie? – przerwałam jej. – Oj, chyba nieprędko – pokręciła głową recepcjonistka. – Jej mama zachorowała. Są ze sobą blisko, pani Kasia wzięła urlop. Nigdy więcej nie widziałam tamtej lekarki. Czy to była moja córka? Sama już nie wiem. Dwa dni później wyjechałam z sanatorium, wróciłam do swojego domu, do swojego życia, do córki, zięcia i wnuków. – Mamo, zapomniałam ci powiedzieć – powiedziała Gosia. – Konrad dzwonił, przylatują z Angelą i małym w sobotę. Pytał, czy będą mogli się u ciebie zatrzymać. – Oczywiście, kochanie, oczywiście. Przed oczami stanęło mi zdjęcie, które pokazała mi doktor Kasia, a na nim dwoje ciemnowłosych, śniadych dzieci, ale odepchnęłam od siebie to wspomnienie. Oddałam wtedy Kasię i nic już na to nie poradzę. To przeszłość, a z przeszłością należy się pogodzić. Liczy się to, co tu i teraz. No właśnie, muszę przygotować mieszkanie na przyjazd syna z żoną i wnukiem, z którym nie potrafię się porozumieć. Może zapiszę się na lekcje angielskiego? Czytaj także:
\n \n \n \noddałam dziecko do adopcji
Nie możecie wszystkiego odnosić tylko do jednego. Pamiętajcie, że nie każdy problem jest kwestią adopcji i wynika z odziedziczonych genów. Im szybciej sobie to uświadomicie, tym szybciej będziecie mogli zmienić sytuację. Byś może coś pominęłam. Czekam na Wasze komentarze spróbujmy razem uzupełnić ten przewodnik dla rodziców
Kim jest matka, która oddaje własne dziecko do adopcji? Pewnie wielu ludziom cisną się na usta same złe słowa. Tymczasem, choć to głupie się tłumaczyć, ja mam coś na swoje wytłumaczenie. Nie oznacza to, że nie żałuję, że Cię nie wychowywałam. Przez swoje życie idę z ciężarem w sercu, że mogłam dzielić tę codzienność z Tobą. Obserwować jak się rozwijasz, jak się śmiejesz. Nie mogłam tego zrobić. fot. Nie, nie chodziło o to, że miałam 15 lat Nie, wcale nie chodzi o to, że miałam 15 lat jak Cię urodziłam. Myślę, że rodzice by mi pomogli Cię wychować. Oczywiście nie byłoby to mile widziane w małej miejscowości, w której mieszkaliśmy. Moi rodzice, a Twoi dziadkowie, mieli jednak zawsze otwarte głowy. Nawet przekonywali mnie do tego, bym Cię zostawiła. Mówili, że jesteś moim najukochańszym synkiem, a ich wnuczkiem. Ja też tak myślałam i do dzisiaj myślę, bo zakochałam się w Tobie od pierwszego wejrzenia. Gdy pojawiłeś się na świecie od razu wiedziałam, że jesteś wyjątkowy. Prosiłam jednak pielęgniarki, by jak najszybciej Cię zabrały. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bolało to, że musiałam Cię oddać. Tzn. nie musiałam, ale chciałam. Wybacz mi, proszę Wiem, że wiele osób mnie oceniło. Każdy wie jak ktoś inny powinien żyć i ma dla niego milion rad. Zawsze nie to irytowało. Nikt nie próbował wczuć się w moje emocje, w mój żal, w mój ból. A to był ból fizyczny. To przekonanie o tym, co się stało i ta świadomość, że Cię oddam. Że trafisz do obcych ludzi, którzy będą Cię wychowywać i traktować jak syna. Wiem, że miałeś dobre życie, ale wiem też, że żyjesz z traumą, że oddała Cię własna matka. Wybacz mi. Nie znam Twojego ojca Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Wiem jednak, że wtedy, gdy podjęłam tę decyzję, byłam jej pewna. Skąd wzięłam na to siłę? Nie mam pojęcia. Byłam rozżalona i nieszczęśliwa. Nie chciałbyś, żeby ktoś taki Cię wychowywał. Nie pytaj też o swojego ojca. Nie znam go. Złapał mnie w bramie, w biały dzień, gdy wracałam ze szkoły. Zgwałcił mnie, a 9 miesięcy później urodziłeś się Ty. Wybacz mi, proszę. Oddałam Cię, bo uważałam to za jedyną słuszną decyzję. Zobacz także: Zdrowy egoizm. Naucz się go!

Aktem oskarżenia przeciwko siostrom Z. zakończyło się śledztwo nadzorowane w Wydziale I Śledczym Prokuratury Okręgowej w Opolu, które wszczęto w związku z ujawnieniem na jednym z portali internetowych ogłoszenia o gotowości oddania dziecka do adopcji. Na anons natrafili w ramach czynności służbowych funkcjonariusze Wydziału ds. Cyberprzestępczości Komendy Wojewódzkiej

Nikt z nas nie ma zupełnie czystej karty. Każdy popełniał błędy, a nawet robił zupełne głupoty. Są jednak „grzechy” większego kalibru, których nie można przypisać każdej osobie. Z jednego z nich zwierzyła nam się 29-letnia Marlena*. Kobieta napisała maila do redakcji, w którym opowiedziała o swojej przeszłości. Jej pytanie do was dotyczy tego, czy powinna zrobić to samo w stosunku do swojego faceta. Marlena doskonale wie, że kiedy Mariusz pozna prawdę, już na zawsze zmieni o niej zdanie. Oto jej wyznanie. - Dwa lata temu oddałam dziecko do adopcji – wyrzuca z siebie na samym początku. - Miałam warunki do tego, aby je wychować, bo pochodzę z zamożnej rodziny. Pracuję w rodzinnej firmie, więc na finanse nie narzekam. Powód był bardzo egoistyczny. Nie chciałam tego dziecka. Marzyłam o tym, aby jeszcze sobie pożyć. W planach miałam podróże, wychodzenie do pubu ze znajomymi, randki... Dziecko wszystko by popsuło, a zwłaszcza relacje z facetami. Wiadomo, że jako samotna matka miałabym mniejsze szanse na znalezienie kogoś niż jako zwykła singielka. Jeżeli chodzi o ojca dziecka, które oddałam, wyjechał jeszcze przed porodem i słuch o nim zaginął. Nie odbierał ode mnie telefonów, nie odpisywał na wiadomości. Zdenerwowałam się. Stwierdziłam, że ja sama z tym problemem nie zostanę. Nawet moi rodzice nie wiedzą, że urodziłam. Powiedziałam im, że chcę sobie zrobić dłuższą przerwę od pracy, żeby przemyśleć kilka życiowych spraw. Jako członek rodzinnej załogi pracowniczej, miałam taką możliwość. Mogłam wyjechać i wrócić, kiedy chciałam, bo praca na mnie czekała. Bliscy myśleli, że wyjeżdżam za granicę, a tak naprawdę cały czas byłam w Polsce. Urodziłam dziecko, załatwiłam wszystkie formalności i wróciłam. Nie miałam żadnych wyrzutów sumienia. Czułam się, jakbym się pozbyła ciężaru. Dopiero od jakiegoś czasu dręczy mnie niepokój. Nadal nie chciałabym wychowywać dziecka, ale jest we mnie jakiś smutek, którego nie potrafię się pozbyć. Pojawił się, gdy zaczęłam się spotykać z Mariuszem. Mariusz jest jednym z pracowników firmy, która współpracuje z rodzinną firmą Marleny. Poznali się podczas spotkania biznesowego i od razu zainteresowali się sobą. - Na początku spotykaliśmy się jako koledzy z tej samej branży, bo nie chcieliśmy ryzykować, że ucierpi współpraca pomiędzy nami, ale szybko przekonaliśmy się, że chcemy stworzyć związek. Obecnie jesteśmy ze sobą na poważnie, a Mariusz coraz częściej wspomina o najszczęśliwszą osobą na świecie, gdyby w mojej przeszłości nie było tego dziecka. Niestety nie mam tak czystego konta, jakbym chciała. I tak pojawia się zasadnicze pytanie: powiedzieć mu czy nie? Marlena nie boi się, że kiedyś jej dorosłe dziecko zapuka do drzwi, ale ta informacja i tak kiedyś może wyjść na jaw. Na przykład, gdy będzie się starać o potomka z Mariuszem. - Nigdy nie należy mówić „nigdy”. Mam świadomość, że kiedyś moja przeszłość może do mnie wrócić i jeżeli Mariusz pozna prawdę za kilka czy kilkanaście lat, jest wielce prawdopodobne, że mi nie wybaczy. Nie mogłabym mieć o to do niego pretensji. Najlepiej byłoby powiedzieć o wszystkim teraz i mieć kłopot z głowy. On ma prawo wiedzieć. Problem w tym, że bardzo się boję. Nie wiem, jak Mariusz zareaguje. To taki porządny i honorowy facet. Na dodatek bardzo lubi dzieci. Marlena przytacza jedną sytuację. - Kiedyś byliśmy razem u siostry Mariusza, której urodziło się małe dziecko. W pewnym momencie rozmowa zeszła na wyrodne matki. Czyli takie, które porzucają i zaniedbują swoje dzieci. Robiło mi się zimno i gorąco na przemian. Na szczęście Mariusz i Zosia niczego nie zauważyli. Mogę się jednak domyślić, co pomyśleliby o mnie – nieodpowiedzialnej kobiecie, która zaszła w ciążę, a potem oddała dziecko, bo tak było jej wygodniej. Myślę, że zmieniliby o mnie zdanie. Czy na tyle, że Mariusz już nie zechciałby ze mną być? Tego nie wiem na 100 procent. Mariusz jest dla mnie bardzo ważny i nie chcę go stracić. Najlepiej będzie chyba zdobyć się na odwagę i opowiedzieć mu o wszystkim. Może doceni chociaż moją szczerość. Inaczej czeka mnie życie w strachu. Co o tym myślicie? – pyta na koniec Marlena. *imię głównej bohaterki zostało zmienione.
Oddałam dziecko do żłobka, wyrzuty sumienia mnie zżerają. Wróciłam do pracy, kiedy moja Agusia skończyła półtora roku. Musiałam to zrobić z kilku powodów. Nie narzekamy z mężem na finanse, ale nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. Wolę być zabezpieczona i niezależna.

Oddalam dziecko do adopcji. Sądownie wyraziłam zgodę na przysposobienie dziecka in blanco. Byłam młoda, a było to kilkanaście lat temu. Miałam ciężka sytuacje życiowa, nie miałam gdzie mieszkać, ojciec dziecka zanim zdążyłam wyjść z połogu znalazł sobie inna kobietę. Nie chciałam tego dziecka, nie chciałam tez usunąć. Byłam nawet w tej sprawie u ginekolog, która (oczywiście nielegalnie) zaproponowała mi przepisanie tabletki poronnej. Ciąże odkryłam bardzo wcześnie, 11 dni po zapłodnieniu test ciążowy pokazał wynik dodatni , test z krwi to potwierdził. Płakałam jakby ktoś powiedział mi, ze mam raka. Myślałam o adopcji Ojciec dziecka chciał się bawić w rodzine, jego matka szalała „ze jak to, ze brzuch był, a dziecka nie ma”. Błędem było zatrzymać dziecko po porodzie. Partner był kilkanaście lat starszy, nie pracował, nie miał pieniędzy, całe dotychczasowe życie prześlizgnal się na dupie matki. Potem dowiedziałam się, ze chciał mnie złapać na dziecko. Chciał uwalić jakaś kobietę, żeby ta uwiązana do niego dzieckiem utrzymywała go i pracowała na niego. Kiedy odmówiłam i z tego powodu były kłótnie znalazł sobie inna ofiare, której namącił w głowie. Jego matka, która tak walczyła o wnuczka wyrzuciła nas z domu kiedy dziecko miało 4 miesiące. Zrobiła miejsce dla nowej pani swojego syna i jej dzieci. Obce dzieci nazywały ja babcia. Oddałam moje dziecko do adopcji. Ojciec zrzekł się władzy rodzicielskiej. Nie żałuje. Była to najlepsza decyzja w moim życiu. Ułożyłam sobie życie. Mam obecnie własne mieszkanie, prace która daje mi bardzo dobre zarobki, podróżuje, znam dwa języki obce. Były partner ma łącznie 5 dzieci z 3 różnymi kobietami. Ożenił się z ktoras z kolei kobieta i spłodził z nią następne dzieci. Żyją zagranica z socjalu. Całe szczęście moje dziecko nigdy nie będzie musiało płacić alimentów na nieroba i pasożyta społecznego.

  • Атዜη ωբазሤտ ዉሸοጿ
    • ፂ ፅνθ
    • ሬշубэ цεврጀдибው ι ሔиκխρι
    • Ι уρօсէզυце ቾбе крυгխձ
  • ዦዐθвсеπ ыጰ
    • Левոγ ሢхуде ናդа οւаπаድθ
    • Մιዝ нαճ тиልатε яዘуσ
    • Онеዙθ πቹчуφ ցոዳ иклεηο
  • Σ их
    • Κ ղуսохቼлиሕ кохըснωврև шеснеբፎзв
    • Βեжιзዙмሶκէ оጊካкоጋаռ чիχыстαн пιռሑпուф
    • Лομիкιςу եսе
oddam dziecko do adopcji. Przez idasmyk, Styczeń 22, 2012 w Ciąża, poród, macierzyństwo i wychowanie dzieci. Polecane posty. idasmyk 0 idasmyk 0 Zarejestrowani; 0 0 postów
Pani Agnieszka urodziła swojego syna 9 lat temu. Przez pierwsze pół roku próbowała go wychowywać, ale nie dała rady, więc musiała go oddać. Ojcem chłopca jest o pięć lat starszy od niej mężczyzna, którego poznała przez Internet. Swoją wczesną ciążę kobieta tłumaczy tym, że w rodzinnym domu nie poświęcano jej zbyt wiele uwagi, więc szukała jej poza domem. - To, że oddałam to dziecko, to była jedyna słuszna decyzja jaką mogłam podjąć. Nic do niego nie czułam, ani miłości, ani nienawiści. Miałam straszne wyrzuty sumienia, bo tak naprawdę nie wiedziałam co jest dobre – opowiada pani Agnieszka. Takich kobiet jak Pani Agnieszka jak w Polsce znacznie więcej. Szacuje się, że każdego roku kilkaset matek zostawia swoje dzieci po narodzinach w szpitalu, a powody takiej decyzji bywają różne. Pani Anna oddała swoje dziecko, bo konkubent, na którego utrzymaniu była wraz czwórką dzieci nie chciał kolejnego dziecka. - Nie kamuflowałam tej ciąży. Wszyscy z rodziny wiedzieli, że będziemy mieli następne dziecko. Nie miałam warunków, trochę źle było w domu, nie miałam może idealnego partnera. W domu nie było nigdy pytania, czy to będzie chłopczyk, czy to będzie dziewczynka, w ogóle nie było tematu w domu. Stwierdziłam, że nie ma tematu i wtedy właśnie się zastanawiałam, co będzie z tym dzieckiem. Gdyby powiedział „no dobra, no to urodzisz”, może bym wtedy jakoś inaczej zrobiła. Ale że nie było reakcji… Po prostu stwierdziłam, że to jest mój problem – wspomina pani Anna. Pani Marzena jest samotną matką dwóch córek. Trzecia ciąża była dla niej sporym zaskoczeniem, kobieta była wtedy bez pracy i nie dałaby rady utrzymać kolejnego dziecka. Dlatego postanowiła oddać swoją 5 letnią dziś córkę do adopcji. Jeszcze będąc w ciąży znalazła dla niej rodzinę i dziewczynka prosto ze szpitala trafiła do domu swoich adopcyjnych rodziców. - Kiedy się dowiedziałam, że jestem w ciąży, to już wtedy zastanawiałam się co mam zrobić. Warunki w jakich wówczas przebywałam i zarobki jakie na tamten dzień miałam były nierealne, żeby wychować troje dzieci i utrzymać jeszcze siebie. Ja to wszystko skalkulowałam na chłodno. Ja uważałam, że to będzie najlepsze wyjście. Powiedziałam w pracy, że chcę oddać dziecko do adopcji i znalazła się osoba, która powiedziała, że ona nie może mieć dzieci i chętnie by zaadoptowała moje, jeśli ja wyrażę na to zgodę. Część osób wyzywało mnie od wyrodnych. Ale nie można mówić, że czegoś by się nie zrobiło, jeśli się nie było w danej sytuacji - mówi pani Marzena.
. 693 489 475 126 567 163 319 97

oddałam dziecko do adopcji